Tak 42 lata temu zespół The Beatles żegnał się swoją ostatnią wydaną płytą studyjną, nagraną wcześniej niż Abbey Road, ostatnią wspólnie nagraną. Do dziś niektórzy „znawcy” muzyki potrafią się pomylić co do kolejności..
Jak prorokowałem, kwestią czasu było pojawienie się kolejnych albumów The Beatles z poza „żelaznej” trzynastki w iTunes: było RED, BLUE a od dziś można składać już zamówienia na ‘Love’ którego Applowska premiera to 8 lutego 2011 r.
I nie było by w tym nic ciekawego, poza tym, że do zawartości z 2006 r. dołożono ‘The Fool On The Hill’ i ‘Girl’ – które podobno nie zmieściły się wtedy na CD: faktycznie ‘Love’ zapełnia ten nośnik praktycznie po granice jego technicznej możliwości (80 minut). Szkoda tylko, że mam ‘Love’ w wersji CD i DVD Audio a tam nie było by raczej przeszkód dorzucić nawet drugie tyle… Ktoś tu raczej z nas chce zrobić głupka na wzgórzu…
Wracając do premiery „dwóch nowych piosenek”: z tego co można wysłuchać w krótkich próbkach w iTunes to ‘Fool On The Hill’ ma jedynie wmiksowane odgłosy z ‘Lovely Rita’ natomiast ‘Girl’ to i owo z ‘Tomorrow Never Knows’, sampel gitary z ‘And I Love Her’ i werbel ‘Being For The Benefit Of Mr Kite!’. Dupy to to nie urywa, już Jay-Z robił lepsze rzeczy na ‘The Grey Album’, nie mówiąc o kilkudziesięciu twórcach mashupów genialnie wykorzystujących sample The Beatles.
Jak się cieszyłem z Beatesów w iTunes, to teraz zaczyna mnie to chyba powoli męczyć: głupie filmiki, pseudododatki… A było tak pięknie jak Steve Jobs chodził na dwóch łapkach dookoła EMI:
Kurcze, trochę się od obcowania z WordPressem odzwyczaiłem katując Joomle ostatnimi czasy…
Ale do rzeczy. Wielkie halo Apple pod nazwą „Tomorrow is just another day. That you`ll never forget” o którym pół jabłkowej i nie tylko blogosfery debatowało gryząc paznokcie, to… The Beatles w iTunes. Nie ma streamingu mediów, zmienionej ikony iTunes , softu 4.2, sklepu dla polaków i miliona innych rzeczy które typowali guru mediów internetowych. „Tylko” ci wstrętni Beatlesi.
Od razu zaznaczę: w iTunes nie ma całej dyskografii The Beatles, tylko albumy studyjne od powstania do rozpadu zespołu (od „Please Please Me” po „Let It Be”) + składanka „Past Masters” oraz „The Beatles Box Sex” czyli to samo tylko w kupie (zawartość boxa stereo CD). A! I niedawno ponownie zremasterowane „Red” i „Blue”. Pewnie z czasem dojdzie cała reszta z „Anthology” po „Love”. Zobaczymy.
Cóż mogę powiedzieć… Jako miłośnik oraz posiadacz kilku jabłkowych gadgetów i fan Beatlesów wzruszę ramionami. „Zwykłe” CD Beatlesów i masę winyli mam od „zawsze”. Remastery miałem na dzień przed premierą, o ile pamiętam zrippowałem je od razu do iPhone’a i cała dyskografia Beatlesów (od „Please Please Me” po „Love”) to jedyna muzyka (oprócz dzwonków…) jaką w nim mam. Legalna zresztą, bo zgrana z moich własnych płyt. Co mi z Beatlesów w iTunes, skoro oficjalnie i tak sklep nie jest dostępny w Polsce. Tak więc Beatlesów w iPhone i moich iPodach mam odkąd mam iPhone i iPody
Owszem, jest to wielki dzień. Dzień w którym muzyka Największego Zespołu Świata, który ten świat w dodatku zmienił na lepsze, po raz pierwszy legalnie trafia do dystrybucji cyfrowej (jeśli nie liczyć gustownego pendrive w kształcie jabłka z muzyką w mp3, flac i skanami okładek któru można kupić od dłuższego czasu). Apple posiada największy sklep tego typu na świecie. I miło, że w końcu dogadali się z Apple Corps., Yoko, Oliwią, Paulem, Ringo i całą resztą. Szkoda, że 9 września 2009 roku nie mogliśmy świętować potrójnej okazji: remastery, The Beatles Rockband oraz Beatlesi w iTunes. Ale lepiej późno, niż wcale…
To czy jest to wydarzenie, zobaczymy za parę dni. Ja obstawiam, że Top 10 iTunes to bedą płyty zespołu na „B”…
PS. Tak mi się przypomniało, odnośnie Steva Jobsa i jego zamiłowania do Beatlesów. Prezentacja pierwszego iPhone, proszę zobaczyć co tam takiego fajnego mamy w 2:20 sekundzie filmu:
Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku fortepianu w piosence Beatlesów ‘A Day In The Life’ jest chwila ciszy a potem szum 15 000 Hz imitujące policyjny gwizdek dla psów (5:06 – 5:10, przed nonsensowymy okrzykami). Rozmawiałem z paroma osobami na Beatles Day i skubańcy też sprawdzali na swoich zwierzach
Tak mi się przypomniało w szóstą rocznicę odejścia mojego jamnika, na którym te sierżantowskie 15 000 Hz często testowałem… Podnosił uszy, a jakże…
Muzyk, kompozytor, wokalista, aktywista społeczny. Współtwórca największego zespołu w dziejach muzyki rozrywkowej i najbardziej znanej spółki kompozytorskiej. 30 lat po jego śmierci ciągle się o Nim mówi i pisze. Gigant internetowy Google zmienia w dniu Jego urodzin swoje logo i przekierowuje wyszukiwarkę i swój serwis You Tube na informację i filmy o Nim. Od północy w stacjach radiowych i telewizyjnych można w końcu usłyszeć Jego muzykę. Na całym świecie (również w Polsce) miliony fanów zbiorą się dziś, by przez 24 godziny śpiewem i refleksją uczcić Jego urodziny. Niektórzy z tej (i nie tylko z tej…) okazji upiją się. Panie i Panowie: John Winston Lennon.
Co robiłby dzisiaj ten pan gdyby żył?
Nawet nie myślę, że zanudzał by nas odcinaniem kolejnych kuponów od nazwy i legendy The Beatles, jak chociażby robią to członkowie The Doors, Queen, Kiss i paru innych emocjonalnych bankrutów. Pomyślałby zapewne, że się nie godzi i poszedł w tym kierunku w jakim poszedł zespół Pink Floyd.
Pewnie grałby dalej na gitarze, od czasu do czasu biorąc udział w charytatywnym koncercie, śpiewając I Am The Walrus, A Day In The Life czy Come Together i robiąc sobie przy tym żarty. Może nawet lepsze, niż ten o potrząsaniu biżuterią…
Może zobaczyłby w telewizji polskich obrońców krzyża i przypomniał sobie z satysfakcją, że w 1966 roku mówił: „Chrześcijaństwo przeminie. Skurczy się i zaniknie. Mam rację i jestem o tym przekonany, nie ma powodu, by o tym dyskutować. Jesteśmy dzisiaj popularniejsi od Jezusa. Nie wiem, co pierwsze przeminie – rock’n’ roll czy chrześcijaństwo. Jezus był w porządku, ale jego uczniowie byli tępi i przeciętni. Według mnie to oni wszystko zniszczyli”.
Grali by pewnie z Paulem w The Beatles Rockband, rzucając do siebie padami, kiedy nie zaliczyli by kolejnego poziomu.
A ja nie musiałbym kupować kolejnej biografii, wiedząc z góry, jak skończy się ostatni rozdział.
Dziś dla odmiany będzie trochę komerchy. Zapraszam do odwiedzenia nowego portalu społecznościowego o Wadowicach: WadowiceOnline.pl – Twoje Miasto w Sieci. Historia, teraźniejszość, przyszłość, newsy, hobby – słowem: wszystko co powinieneś wiedzieć o Wadowicach a bałeś się zapytać
Pewne rzeczy jeszcze nie są aktywne bądź niedokończone, proszę wobec tego o wyrozumiałość. Wkrótce powinno wszystko działać.
Co do loga, to jest trochę kontrowersji, ale w zasadzie do wyboru była kremówka, kościół i szanowny Wojtyła, kremówka przy pierwszym głosowaniu odpadła no i zostało to co zostało…
Zapraszam do odwiedzin, proszę również o dopisywanie się do profilu na Facebooku, oraz reklamowanie portalu wśród znajomych
Równy rok temu miał premierę remasterowany katalog The Beatles. Co miałem do powiedzenia wtedy, na gorąco po kilkugodzinnym obcowaniu ze stereo boxem na dzień przed jego światową premierą możecie poczytać tutaj.
Dziś po roku, na spokojnie, mogę powtórzyć za Piotrem Metzem, że stare wydania z 1987 roku spokojnie można wrzucić do kosza. Oczywiście nie zrobię tego, będą leżeć sobie na półce i tam pewnie już zostaną na pamiątkę, strasząc tymi obskurnymi, plastikowymi pudełkami i nędzną oprawą graficzną ubogich książeczek. Przez ten rok sięgnąłem po nie tylko kilka razy, głównie po to, by porównać, jak bardzo mizernie i nędznie brzmią i wyglądają te wydawnictwa w porównaniu do tego co świat mógł usłyszeć i zobaczyć 9.9.2009 kiedy to znów w radiu, telewizji i gazetach na nowo zapanowała beatlemania.
Ale beatlesowskie przedstawienie musi trwać: 18 października 2010 roku (w USA dzień później) będą mieć premierę dwa kolejne, zremasterowane albumy The Beatles – „1962-1966″ (zwany ze względu na czerwoną okładkę „czerwonym albumem”) oraz „1967-1970″ (zgadnijcie jak się mówi na niego skoro jest niebieski?). Oba wydawnictwa zostały zremasterowane przez ten sam zespół inżynierów EMI, działających w studiach Abbey Road, który pracował nad boxami stereo i mono. „Red” i „Blue” to zwykłe składanki najlepszych piosenek, głównie z singli, na winylu ukazały się w 1973 roku, w wersji CD w 1993.
EMI jest pazerna i jak znam życie, niedługo będziemy mogli kupić remasterowane wersję albumu „Live At The BBC” (ukazał się w 1994, więc od dzisiejszych technik studyjnych dzieli go przepaść…), to samo pewnie stanie się z 3 częściami „Antologii” (każda po 2 CD). Nie mam naturalnie nic przeciwko
„Yellow Submarine Songtrack” z 1999 r. i „1″ z 2000 r. brzmią do dziś fantastycznie i były nowocześnie remasterowane, ale kto tam wie…
Było by do kompletu prawda?
Co dalej?
Album „Love” z 2006 r. który powstał jako ścieżka dźwiękowa do spektaklu grupy „Cirque du Soleil” wystawianego w Las Vegas, składa się piosenek The Beatles rozłożonych na poszczególne ślady (bas, gitara, wokal, chórki, efekty) i złożonych i pomiksowanych na nowo (o moich wrażeniach z premiery sprzed prawie 4 lat możecie poczytać tutaj).
Już się domyślacie co jeszcze może zrobić EMI?
Tak, rozłożyć klasyczne albumu, od „Please Please Me” po „Let It Be” na czynniki pierwsze, każdy ślad czy instrument oczyścić i zmiksować to na nowo… Skoro z „Love” oraz „Yellow Submarine Songtrack” (przy okazji robienia dźwięku do filmu w 5.1) mogli, to czemu by nie, prawda?
Z żalem ale i pewną radością mogę chyba stwierdzić, że nie dane mi będzie zapewne nigdy położyć na półce sporych rozmiarów czarnego, ładnego pudełka z charakterystycznym logiem, w czeluściach którego spoczywało by sobie spokojnie 26 pięknie brzmiących albumów (od „Please Please Me” po „Love”) a ja zamknąłbym jego wieczko, oddychajac z ulgą, że mam całą, ostateczną, monolityczną dyskografię zespołu The Beatles.
Bo gdzieś w Londynie paru starszych panów w drogich garniturach, siedzących w przytulnym gabinecie, bezustannie myśli nad tym, co by tu jeszcze wydać (i na czym…) i zarobić na tym kolejne pieniądze…
I tak sobie żyjemy razem w symbiozie, robiąc miejsce na półce…
Lubię i zbieram covery Beatlesów. Mam w tej grupie kolekcję rzeczy dziwnych (np. ‘Love Me Do’ wyszczekane przez psy…), ciekawych (np. ‘I Am The Walrus’ śpiewane przez szurniętego Dixiego z ‘Million Dollar Hotel’), czy szokujących (jak ‘Eleanor Rigby’ w wersji zespołu ‘Godhead’). Są też rzeczy niebezpiecznie zbliżające się do jakości oryginału (bo jakoś nie trafiłem póki co na cover piosenki który by był lepszy od oryginału Fabsów….)
Trafiam też od czasu do czasu na rzeczy co do których mam odrobinę mieszane uczucia i nie wiem jak do nich podejść. Takim czymś jest np. cover ‘While My Guitar Gently Weeps’ Carlosa Santany. To nowa wersja utworu Beatlesów, pochodząca z nowej płyty (która wyjdzie 20 września 2010 r.) Santany zatytułowanej ‘Guitar Heaven: The Greatest Guitar Classics Of All Time’ z gościnnym udziałem India Arie i Yo-Yo Ma. Niby fajne, ale kurde coverować tak Santanowo jedną z najlepszych piosenek Harrisona?! Jakoś mi się nie godzi… A Wam jak się podoba?
I dla porównania wersja akustyczna i studyjna z ‘Białego Albumu’ (gdzie solo gitarowe gra sam Eric Clapton):