czyli jak opłacałem akcyzę w urzędzie celnym w Andrychowie, ul. Batorego numer któryśtam:
CZWARTEK
Na dzień dobry kołyszący się na krześle pan (choroba sieroca?!!) z wypisanym na czole „mam Cię głęboko w dupie” i niekomunikatywnością w oczach. Nikt nawet nie zapytał po co ja tam wszedłem, czy czegoś nie chce wynieść/donieść/przenieść. Zresztą i tak nie mieli prądu, więc wkurwiony pobrałem jedynie odpowiedni wniosek (obchodząc jedynie 4 okienka…) „Niech się pan cieszy, że mamy kilka skserowanych kopii, hihihi” – tymi słowami pocieszyło mnie blond dziewczę. Nie no super, nie musiałem przyjść w własnym kserem… Rewelacja!
Kiedy będą mieć prąd nie powiedzieli…
PIĄTEK
9.00 – deklarację złożyłem, miałem przyjść za dwie godziny (wszystko fajnie, tylko co ja będę robić 2 godziny w Andrychowie, zwłaszcza, że od 9.00 powinienem być już w pracy
Mówię, że będę przed 14-tą (kasa do 14.00…)
Przed 14.00 – Kasa nieczynna, pani w okienku obok „co Pan myśli, że w kasie będą robić nadgodziny?!!”
SOBOTA
Nieczynne.
NIEDZIELA
Nieczynne.
PONIEDZIAŁEK
Zwlokłem swą dupę rano, przestałem 30 min w korkach, żeby się dowiedzieć, że i owszem, deklaracja przeszła, ale pieniążków nie mogę wpłacić, bo jest awaria systemu. Kiedy ją usuną, nikt nie wie. „Niech pan przyjdzie za godzinę” powiedziała pani w mocno obcisłym mundurku celniczym. Uświadomiwszy ją w kwestiach geograficznych (z dużym wskazaniem na definicję odległości…) oraz w skromnej materii upływającego czasu, wziąłem przebiegle numer telefonu. Wykonałem ich w sumie 4 w różnych odstępach czasu, za każdym razem dowiadując się, że system ciągle nie działa. Po 14.00 już nie było się od kogo dowiedzieć, bo prawdopodobnie wszyscy już stamtąd wybyli…
WTOREK
Tknięty niejasnym przeczuciem, przed pojechaniem do Andrychowa wykonałem telefon, dowiadując się, ze system w dalszym ciągu nie działa. Kiedy będzie działał, dalej nikt nie wie….
Kolejne telefony nie przyniosły nic nowego, poza tym, że w końcu jakiś rozdrażniony pan, na moje pytania czy mają prąd, wodę, działające telefony i system na chodzie
powiedział, że jest to poważna awaria i może trwać nawet do czwartku. Nic to: koło godziny 13.00 okazało się, że ten ich chory, zafajdany system nie wiedzieć czemu, już działa i „może pan już wpłacić pieniążki„. Jasne, jak szybko!
Nie wierząc własnemu szczęściu, dwa razy dopytałem się, czy jak przyjadę za 30 min to od ręki wpłacę pieniążki i dostanę decyzję. „Naturalnie!” powiedział pan, „byle by pan był przed 14-tą bo o 14-tej zamykają kasę„. W sumie nie musiał mi tego mówić, więc czym prędzej pognałem do Andrychowa. Tam było wszystko tak jak pan mówił, nie licząc 50 minut czekania aż pani z kasy po właceniu pieniążków przeniesie deklarację do pokoju znajdującego się 10 metrów dalej, a tam druga pani wydrukuje orzeczenie i podbiję jedną pieczątkę i złoży jeden podpis z datą…
PODSUMOWUJĄC:
Na coś, co w całości zajmuję ok. 10-15 minut (wypisanie deklaracji, złożenie jej do jedego okienka, sprawdzenie jej poprawności, przeniesienie jej 4 metry dalej do kasy, wpłacenie pieniążków, odnotowanie tego, wydanie rachunku, wydrukowanie i przypieczętowanie i podpisanie decyzji) straciłem:
- 6 dni
- ok. 10 złotych na telefony
- ok. 30 złotych na benzynę (+-125 km)
Co zyskałem:
- Dowód wpłaty akcyzy
- Przekonanie, że komputer jako narzędzie mające ułatwiać, usprawniać i przyspieszać pewne czynności (przynajmniej wszystkie komputery jakich używałem przez 15 lat to właśnie robiły…), w rękach półgłówków je utrudniają i opóźniają… Nie mówiąc już o tym, że brak prądu czy połączenia z systemem tym półgłówką uniemożliwia jakąkolwiek pracę…
- Nowe doświadczenie życiowe, podpowiadające mi, że problem urzędników celnych w tym popierdolonym kraju może rozwiązać jedynie pluton egzekucyjny…