Bond numer 21

27 11 2006

Świetej pamięci Tomasz Beksiński po obejrzeniu Bonda numer 21 uśpił by się po raz drugi.
Bond w wykonaniu Daniela Craiga najpierw bije potem rozmawia, klnie gorzej ode mnie, wygląda jak aryjski jankes oraz oraz śmierdzi romantyzmem jak bohaterowie serialu „M jak Miłość”…
Do tego paskudna muzyka w czołówce, za dużo telefonów SonyEricsson, trzy zakończenia jedno po drugim i dramat w postaci dialogu:

- Martini!
- Wstrząśniete czy mieszane?
- Mam to w dupie!

Dramat…
To nie tak miało być, nie tak…



„Love” The Beatles

20 11 2006

Dzięki oficjalnej witrynie The Beatles jestem właśnie po świeżym przesłuchaniu najnowszej płyty The Beatles.

Na szybko wrażenia:

Because – wersja z Anthology, czyli sam oszałamiający wokal (w tle głos ptaków) przechodzący w akordy z A Day in the Life a potem zaczyna się show w postaci Get Back (z początkowym akordem A Hard Day’s Night i solówka z The End, które kończy się fragmentem Glass Onion w którym słychać też fragmenty Hello Goodbye i Penny Lane.

Potem leci Eleanor Rigby z długim rozwinięciem i wokalem McCartneya pozbawionym nakładek i przechodzi we fragment Julia.

Głośnymi sygnałami policyjnych radiowozów oraz naliczaniem Georga Martina zaczyna się I Am The Walrus.

Zapowiedzią ze stadionu z koncertów po pierwszej wizycie w USA zaczyna się I Want To Hold Your Hand w którym nie usłyszałem specjalnie nic nowego (poza piskiem oszołomionych fanek znanym np. z płyty The Beatles at the Hollywod Bowl

Po tym pomieszane Drive My Car, The Word i What You’re Doing.

Intrygujący tytuł Gnik Nus to nic innego jak fragment Sun King puszczony… od tyłu! Brzmi to niesamowicie…

Something przechodzące pięknie i płynnie w Blue Jay Way z kawałkiem Nowhere Man a potem cyrkowe odgłosy i Being For The Benefit of Mr. Kite! – z dodanym głośniejszym rżeniem koni i innymi efektami (śmiechy) by płynnie przejść w I Want You (She’s So Heavy) zmiksowane z czymś co brzmi jak organy Hammonda (w tle z krzyczeniem McCartneya z Helter Skelter). Całość ucina się szumem wiatru i zaczyna się Help! który kończy się dłuższym mruczeniem.

Potem początek Blackbird przechodzący płynnie i pięknie w Yesterday.

Strawberry Fields Forever to znane już przedpremierowo wcześniej miksy z Antologii i oryginału z kilkoma dodatkowymi efektami, który kończy się długim hałasem (śmiechami z Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, trąbkami z Penny Lane, klawesynem z Piggies, śpiewem Hela, heba helloa z Hello Goodbye, nagonką z Good Morning Good Morning.

Następna część zaczyna się tekstem Turn off your mind, relax and float down stream więc bez patrzenia w tracklistę możemy spodziewać się Tomorrow Never Knows. Faktyczne, słychać po tym „mewy” i zaczyna się miks Within You Without You i Tomorrow Never Knows (w praktyce wygląda to tak, że mamy wokal Harrisona podłożony pod Tommorow… z dźwiękami Within)… To zdecydowanie jeden z najciekawszych i najlepszych fragmentów na płycie.

Znowy „mewy” i zaczyna się pomiksowany głos Lennona oraz rozpędzające się „pozytywkowanie” i Lucy in the Sky with Diamonds z perkusyjnym biciem serca – obłędne. Przy refrenie dodana znowu orkiestra z Sgt. Pepper’s… powtarzająca się „pozytywka”, „mewy” i zaczyna się:

Octopus’s Garden z instrumentalnym wstępem, głosem Ringo i odgłosami z Yellow Submarine (refren oraz odgłosy łodzi) oraz mnóstwem innych (głos Lennona powtarzającym „Great!” itp.) – ten kawałek a także następujące po nim przearanżowane Lady Madonna (zaczynające się chórkami oraz fragmentem Because) także wcześniej mogliśmy przedpremierowo wysłuchać.

Lady Madonna kończy się przesterowaną gitarą i motywem znanym z Hey Bulldog i saksofonem.

Instrumenty hinduskie z Within You Without You lecą przez cały czas, potem chórki śpiewające „Sun Sun” i zaczyna się Here Comes The Sun – wersja nie wiele różniąca się (poza mocniejszą perkusją i „hinduizmem” z Pieprza) od tej do jakiej przywykliśmy słuchając Abbey Road poza tym, że przechodząca w The Inner Light (w którym pan Martin z pierworodnym tak namieszali, że miałem trudności z rozpoznaniem ;)

Come Together zaczyna się i brzmi prawie tak samo (czyli świetnie) jak na Abbey Road, jeśli nie liczyć szeptanego przez Lennona po solówce „Come!” i obłędnego finału w postaci końcówki Dear Prudence, Cry Baby Cry, fortepianu z A Day in the Life oraz smyczków z Eleanor Rigby – to znowu jedna z najpiękniejszych części płyty.

Singlowe Revolution bez szczególnych słyszalnych zmian, jeśli nie licząc przejścia w Back In The U.S.S.R. które McCartney kończy dużo większym krzyczeniem niż to do czego przywykliśmy na Białym Albumie…

Instrumentalne While My Guitar Gently Weeps takie jakie znamy z bootlegów oraz z trzeciej części Antologii, tyle, że z dodaną dyskretną orkiestrą – brzmi to prześlicznie i powoduje, że nie tylko gitara łka…

A Day in the Life zaczyna się wstępem Lennona o pianinie i naliczaniem Sugarplum Fairy – czyli początkiem z legendarnego pierwszego podejścia do tego utworu… Jestem za mały, żeby opisywać wielkość tej piosenki bo geniusz ciężko jest opisać słowami…

Po finałowym akordzie (w trakcie którego dużo głośniej słychać słynne skrzypnięcie któregoś z panów w orkiestrze…) następuje Hey Jude (którego końcówka jest obcięta z niektórych dźwięków ale z dodanym basowym motywem.

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (Reprise) ze sprytnie łączonym początkiem w postaci orkiestracji z A Day in the Life.

All You Need Is Love tradycyjnie zaczyna się marsylianką ale kończy fragmentami She Said, Sgt. Pepper’s… oraz końcówką Good Night z oklaskami i wyciszeniem w postaci wygłupiających się Beatlesów przesyłających nam życzenia…

I tak kończy się Love

Mimo, że jest to tylko dźwięk streamingowany z www, całość brzmi oszałamiająco: czysto, słychać wyraźnie każdy dźwięk, hałas – na CD będzie tylko lepiej a więc genialnie – ale tego się dowiem dopiero za parę godzin ;)

Całość jest świetna i absolutnie rewelacyjna, stare kawałki poprzez przearanżowanie, łączenie oraz dodanie fragmentów z innych uzyskały całkiem nowe brzmienie.

Nawet biorąc pod uwagę, że to tak na prawdę odgrzewany kotlet – wyszło coś, czego w muzyce jeszcze nie było (jeśli nie licząc Grey Albumu czyli zmiksowanego przez DJ Danger Mouse Białego Albumu Beatlesów i „muzyki” Jay-Z z Black Album) i długo nie będzie w tej formie – niestety żaden inny zespół na świecie nie może się pochwalić taką „biblioteką” muzyczną i producentem w postaci Georga Martina i jego syna…

Samo wsłuchiwanie się i rozpoznawanie kawałków z których pochodzą miksy jest samo w sobie niezła frajdą.

Najfajniejsze jest to, że poprzez połączenie stanowi to pewną zamkniętą całość, która, dzięki sięgnięciu do taśm źródłowych, oczyszczeniu i zremasterowaniu brzmi pięknie – chciałbym, żeby każde oficjalne wydawnictwo tego zespołu tak brzmiało…

Przeciętny słuchacz namówiony do kupna bilboardami, reklamami w TV czy samą nazwą The Beatles co najwyżej zdziwi się, że nie usłyszy She Loves You, Love Me Do za to pewnie wysłucha po raz pierwszy w życiu A Day in the Life, I Am the Walrus, Come Together, Revolution, czy Being For The Benefit of Mr. Kite! więc cieszy mnie wydźwięk edukacyjny tego wydawnictwa… :)

Odczucia fanów i ortodoksów mogłem opisać przez kilkanaście linijek powyżej…