Across The Universe

23 01 2008

Świat według Beatlesów, czyli spóźniona recenzja Across The Universe :)

Na film ostrzyłem sobie zęby po pierwszym trailerze który ukazał się w internecie, oczekiwanie na polską premierę (4 stycznia 2007) trochę umilił mi dwupłytowy soundtrack, wreszcie po kilku miesiącach oczekiwań wybrałem się na film.

Czym jest Across The Universe?
Jest to trochę banalna historia miłosna brytyjskiego chłopca i amerykańskiej dziewczyny, dziejąca się w latach sześćdziesiątych, mocno przepełniona antywojennym protestem i realiami tamtej epoki, w której główną narracją są znane doskonale (może niekoniecznie wszystkim…) teksty i melodie zespołu The Beatles w dodatku w fantastycznych wykonaniach.
I właśnie to czyni z Across The Universe flmem, a raczej musicalem szczególnym.

Bo jakże się nie cieszyć, gdy główny bohater, imieniem Jude (z piosenki Hey Jude…) rozpoczyna swoją miłosną historię słowami „Is there anybody going to listen to my story, all about the girl who came to stay?” z piosenki “Girl?
Albo gdy Jude poznaje nowych kolegów z którymi zaczyna biesiadowanie i śpiewają With a Little Help From My Friends gdzie cała piosenka i słowa są narracją do obrazu.
Albo kiedy bohaterka, imieniem Prudencja ma zły dzień i zamyka się w ubikacji, a przyjaciele aby ją pocieszyć śpiewają Dear Prudence.
Albo sala, na której leżą ofiary wojny wietnamskiej a salowe śpiewają Happiness Is a Warm Gun.
Albo scena, gdy Jude śpiewając Revolution wypomina hipokrytom wieszanie portretu Mao, jednocześnie pokazując wyżej wymienionego palcem?
I tak przez ponad 2 godziny przeplatane w tym czasie 32 coverami Beatlesów (w zasadzie 33, bo można do tego doliczyć, nie występujące w oficjalnym soundtracku instrumentalne A Day In The Life Jeffa Becka, znane już z płyty In My Life Georga Martina.)

Wszystkie postacie występujące w filmie noszą imiona z piosenek Wielkiej Czwórki: mamy więc (już wymienionego) Jude, jego dziewczynę Lucy (z Lucy In the Sky with Diamonds, jej brata Maxa (z piosenki Maxwell’s Silver Hammer), mamy też Sadie (Sexy Sadie), JoJo (z Get Back„), Prudencję (Dear Prudence) przewija się też Dr Robert (w tej roli Bono z U2), Mr Kite (z cyrkowej piosenki Being For The Benefit Of Mr. Kite!) i paru innych.

Smaczków Beatlesowskich jest całe mnóstwo: Jude pochodzi z Liverpoolu (a jakże!) z robotniczej rodziny, mieszka w domu żywcem wyciągniętym z teledysku piosenki Free As A Bird, koleżanka Prudencja przy pierwszym spotkaniu wchodzi do domu przez okno (She Came In Through The Bathroom Window) krzycząc Hello Hello! (Hello Goodbye), Jude jako znak frmy płytowej wybiera przekrojoną truskawkę (aluzja do przekrojonego jabłka z beatlesowskiego Apple Corps.).
W jednej scenie bohaterka mówi: „Kiedy będę mieć 64 lata” (When I’m Sixty-Four), koncert na dachu jest aluzją do koncertu Beatlesów (warto się wsłuchać co mówi jedna z postaci kiedy go kończą…), podobnie jak wycieczka autobusem (bardzo podobnym do tego z Magical Mystery Tour) czy tak wyraźne aluzję jak czytanie gazety z ważnymi wiadomościami a w tle leci A Day In The Life.
I tak dalej i tak dalej…

Dodajmy do tego rolę Joe Cockera jako ulicznego lumpa (i nie tylko… ) śpiewającego Come Together, Bono z U2 grającego Dr Roberta (aluzja do Timothego Leary) i śpiewającego I Am The Walus oraz Salmę Hayek jako sklonowane salowe w szpitalu przy piosence Happines Is A Warm Gun.
Cóż więcej dodać?
Polecam film każdemu, niekoniecznie miłośnikom Czwórki z Liverpoolu (chodź Ci uciechy na tym filmie będą mieć najwięcej) bo Across The Universe to takie Hair naszych czasów, tyle, że ze ścieżką muzyczną, która nigdy się nie zestarzeje.
Ba! Śmiem twierdzić, że z wiekiem jest już i będzie jak wino…

Jak już jesteśmy przy niej: covery są świetne, posiadam w kolekcji kilkaset różnych wersji beatlesowskich hitów w wykonaniu innych wykonawców i stwierdzam, że te w filmie należą do jednych z najlepszych – biorąc też pod uwagę, że są osią tego co dzieje się w filmie.
Może jedynie Hold Me Tight, All My Loving oraz I Want To Hold Your Hand jak dla mnie trochę wieją nudą (ze względu na dziejącą się fabułę), to już takie With A Little Help From My Friends jest kapitalne (scena w filmie, gdzie Max przytula się do portretu na ścianie i tęsknym głosem śpiewa What do I do when my love is away czy pijaczek wyśpiewujący „Could it be anybody?„).
Do filmowych perełek należy też I’ve Just Seen A Face (scena gry w kręgle), przejmująca wersja Let It Be (w wersji gospel, podczas pogrzebu chłopaka Lucy i małego murzynka), obłędne I Want You (She So Heavy) gdzie Wujek Sam pokazuje palcem i wciela do armii (to trochę naciągany motyw, ale świetnie pasujący do fabuły, bo piosenka była pisana przez Johna Lennona O i DLA Yoko Ono, jednak jest do tego aluzja i mrugnięcie do widza w postaci tulących się do siebie JoJo i Sadie).

O scenach z Dear Prudence już pisałem i są one piękną poetycką opowieścią tego co dzieje się w tej piosence podobnie jak bajkowa i absolutnie genialna opowieść o cyrku w wykonaniu Pana Kite (Being For The Benefit Of Mr. Kite).

Trochę się uśmiałem, słysząc pierwszy raz Because – komuś bardziej spodobało się chyba Love niż Abbey Road, słychać to także (a raczej zwłaszcza…) w While My Guitar Gently Weeps

A może mamy do czynienia z wyrobieniem muzycznym gdzie bootlegi i trzy części Anthology sa na porządku dziennym? ;)

Chyba raczej tak, bo taką opowieść, w ten sposób zmontowaną, wykorzystującą w tak bogaty sposób beatlesowski dorobek oraz niuanse beatlesowskiego świata może w tak zwarty i spójny sposób opowiedzieć tylko grupa ludzi, dla których ten zespoł to coś więcej niż pretekst do opowiedzenia banalnej miłosnej historii dwojga ludzi.
Udział Bono i Cockera którzy raczej nigdy specjalnie się nie kryli z fascynacją Fab Four tylko to potwierdza…

Ale wracając: do moich faworytów należy też bajeczna opowieść ze Strawberry Fields Forever opisany już wyżej monolog w postaci wywodów o rewolucji i Mao (Revolution) zamieszanie szpitalne w Happiness Is A Warm Gun (prześmieszna scena z wersem „Mother Superior jump the gun no i I Am The Walrus i bełkoczący psychodelicznie Bono…

Ładnym zwieńczeniem fabuły filmu jest świetne Hey Jude oraz All You Need Is Love – to po raz kolejny przepiękne poetyckie opowieści tego o czym są te piosenki…
No i warto poczekać aż skończą się napisy końcowe, bo posłuchamy sobie wtedy Lucy in the Sky with Diamonds w wykonaniu Bono a i miło zobaczyć cztery nazwiska odpowiedzialne za tą muzyczno-poetycką ucztę…

A! I najważniejsze: trochę obawiałem się, jak polski dystrybutor poradzi sobie z tłumaczeniem, bądź co bądź będących angielskim dziedzictwem kulturowym w dodatku dosyć specyficznych tekstów. Za spieprzenie tłumaczeń Biblii Muzycznej Czterech Chrystusów Muzyki, gro wyznawców pewnie by partaczy ukrzyżowało :)

No więc uspokoję: jest dobrze, każda piosenka oddaje to co ma oddawać i robi to językiem do którego większość fanów od lat jest przyzwyczajona, da się nawet przeżyć słabo przetłumaczalne na polski I Am The Walrus czy Come Together. Jedyny zgrzyt zębami, przynajmniej u mnie, wywołało tłumaczenie Let It Be – jednak ja wole „Niech tak będzie” niż to co miałem przyjemność przeczytać na filmie…

Tak więc wynocha do kina, żeby zobaczyć trochę naiwny, wyidealizowany świat lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, trochę dobrego aktorstwa, a przede wszystkim poobcować z Liverpoolskim geniuszem…
Dla mnie to lepsze niż oglądanie, jak amerykanie po raz kolejny ratują świat przed zagładą…